LAURENT – WIZJONER, KTÓRY ODDYCHAŁ SZTUKĄ / SAINT LAURENT (2014)


Rok 2014 upłynął miłośnikom kina i mody pod sylwetką kontrowersyjnego Saint Laurent. Obraz Bonello musi bronić się przed wcześniejszym dziełem Jalil Lespert’a, na czym nie wątpliwie straci, gdyż kto zraził się raz zapewne po raz drugi do podobnej rzeki nie wejdzie. Pozostaje więc nadzieja i zapewnienie, że ten, kto wie w jaki świat wchodzi, nie zostanie rozczarowany. 

Historia będąca motywem przewodnim całego filmu opiera się o przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w których to Yves Saint Laurent musiał zmierzyć się z wielkim wyzwaniem i objąć przywództwo nad domem mody Dior. Obraz ten to również wizualizacja jednego z bardziej burzliwych okresów życia francuskiego projektanta. Walka z swoją orientacją, skłonności do załamań nerwowych, narkotyki czy nowe wyzwania wynikające z założenia firmy – domu mody sygnowanego imieniem i nazwiskiem projektanta.

Bonello buduje swoje filmy pięknymi kadrami owiniętymi w konkretne opowieści. Jednak ten, kto sugeruje się pierwotnym tematem filmu może poczuć się rozczarowany. Reżyser, podobnie jak w swoim wcześniejszym filmie z 2011 roku, L'Apollonide, pod skorupą skrywa całą masę odniesień budujących wielkość filmu. 

Saint Laurent to przede wszystkim portret człowieka. Biografistyka jest jedynie szkieletem podpierającym film, a kontrowersyjne życie kreatora dodaje całości pikanterii. Pod osłoną wielkiego mistrza i jego barwnego życia skrywa się przytłaczająca samotność. Wielka sława, uznanie, znajomości i ogrom bogactwa nie napędza życia, nie daje szczęścia a właściwie jest przyczynkiem do jego upadku, o czym doskonale przekonują nas słowa Laurent (Helmut Berger) o odosobnieniu oraz te podsumowujące samą postać: 

stworzyłem potwora i muszę z nim żyć.


Na wielkie uznanie zasługuje ścieżka dźwiękowa, wprowadzająca widza w klimat ówczesnych czasów. Mimo, iż są to pozycje niekoniecznie powstałe w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych swoim wydźwiękiem nawiązują właśnie do nich. Utwory, które możemy słyszeć w filmie Saint Laurent to wysmakowana mieszanka dźwiękowa, idealnie wkomponowująca się w obraz filmowy. Mamy przyjemność smakować uszami dzieł muzyki klasycznej, które uwielbiał główny bohater, czy te wpasowujące się w ówczesne lata i podkręcające barwę spotkań towarzyskich, próbujące jednocześnie wyrwać nas z fotela. Sam reżyser postanowił pomalować swoimi dźwiękami film, komponując tło muzyczne pod kadry filmowe. Tym samym możemy być świadkami dosyć dziwnego i zarazem przerażającego zabiegu; podczas obrazu filmowego przedstawiającego śmierć najwierniejszego przyjaciela Laurent, Moujika, buldoga francuskiego, słyszymy brzmienia imitujące bardziej odurzenie narkotykowe niż motyw śmierci. 

Każdy film Bonello jest potwierdzeniem, iż w swoich dziełach zostawia on charakterystyczne dla jego twórczości wariacje symboliczne. Takim też o to sposobem słyszymy Venus in Furs zespołu The Velvet Underground. Z pozoru dla niezagłębionego widza, konotacje z sylwetką kreatora mogą być nieoczywiste. Sam tekst w jakimś stopniu rysuje nam wielki świat Laurent, jednak kropką nad i jest fakt, iż produkcją zajął się rzekomo Andy Warhol, który był przyjacielem francuskiego projektanta. Tym samym zaczynamy piękną przygodę z sztuką. Andy Warhol jest stałym elementem układanki Bonello, gdyż nawet w ostatkach widzimy obraz, z 1974 roku, Warhola, przedstawiający portret Yves Saint Laurent.   


To co uderza mnie najbardziej w filmie francuskiego reżysera to jego zamiłowanie do muśnięć malarskich kadrów filmowych. O ile L'Apollonide i jego obrazowość to w głównej mierze wymysł oraz autorskość samego twórcy, w Saint Laurent Bonello uwypukla swoiste powiązania i nierozerwalność sztuki z sylwetką projektanta – piękne wnętrza przybrane w dzieła sztuki, czy sama moda posiadająca ogromną wartość, zwłaszcza w oczach głównego bohatera. 
  
Laurent traktował modę jak sztukę. Marzył o tym, by zostać Proustem mody (do którego niejednokrotnie nawiązuje dzieło, a sam pokój Saint Laurent jest kopią proustowskiego pokoju) podczas, gdy inni nawiązywali w swoich kreacjach do komiksów. Kolekcje haute couture są poniekąd odzwierciedleniem sylwetki projektanta, który modę traktował w kategoriach luksusu – w czym utwierdza nas, pełna malarskości i kunsztu, kolekcja z roku 1976 będąca również zakończeniem dzieła Bonello. Modelki przechadzające się po wybiegu są jednocześnie odzwierciedleniem przyjaciółki i muzy projektanta Loulou de la Falaise (Léa Seydoux).   



Kolejnym, mocnym związkiem Yves Saint Laurent z sztuką jest jego słynna, często przywoływana (słownie) w filmie, sukienka mondrianowska; powstała wskutek zachwytu wywołanego prezentem od matki - albumem z dziełami holenderskiego malarza, Mondriana. Do dzisiaj suknia będąca imitacją kompozycji mondrianowskich jest symbolem YSL. Ten motyw wariacji Bonello wykorzystuje również jako podział ekranu w ostatniej scenie pokazowej, a zabieg ten jest swoistą puentą dzieła. Celem sukni mondrianowskiej było tworzenie pozorów porządku i dostosowania się do ciała, ukrywając tym samym wszystkie niedoskonałości, zamknięte w modelu kreacji. Bonello przywołując ten szablon podsumował życie Laurent, który posiadając wszystko cierpiał na brak jednej, najważniejszej wartości – szczęścia. Życie z pozoru idealne, wymarzone było niczym innym jak wspomnianym już wyżej potworem, zamkniętym w dobrze obranym, mondrianowskim schemacie. 


Film Bonello to multum powiązań, które chce się odkrywać po seansie, a ten kto wcześniej nie poznał wielkiego mistrza będzie zdumiony każdym detalem łączącym się w jedność. Obraz ten zmusza nas do własnej analizy, która prześwietli nam symbolikę ukrytą w obrazach filmowych reżysera. Podejście na sucho i pozostawienie filmu samemu sobie, nie wniesie nic, a przyczyni się jedynie to jego nieatrakcyjności. Niech sięga po niego ten, który zwie się odkrywcą, a związek mody i sztuki jest w stanie rozgrzać osobiste podniecenie do maksimum - w tym wypadku każdy krok warty jest grzechu.

DZIEŃ DOBRY

IMG_6237_2n

Nie ma sobie równych głośne i naładowane burzą pozytywnych emocji dzień dobry. Jeszcze tego nie ogarniamy jako społeczeństwo, zwłaszcza o godzinie siódmej nad ranem, kiedy pędzimy zaspani do pracy, ale są wyjątki co mnie bardzo cieszy.

Jest tyle cudownych odmian dzień dobry; moje pierwsze, poranne przywitanie rozbrzmiewa w zapachu i smaku kawy, nie wspominając już o tej, zrobionej przez dłonie nienależące do mnie.

Wracając do sedna… To chyba moje pierwsze dzień dobry w tym miejscu, mimo tego iż początków było tu wiele. Przyjemnie jest usiąść wspólnie i wypić kawę, herbatę, a nawet gorące mleko czy kakao, których nie cierpię. Mam nadzieję, że dołączycie do mnie, gdyż zamierzam się tu trochę zadomowić, jakkolwiek by to brzmiało, w końcu jestem u siebie. Misha Mel jest stara, a deski świeże, nowe i w ogóle nieskrzypiące; trzeba nabrudzić, pohałasować i pomieszkać.

Smacznego!